piątek, 8 sierpnia 2014

Ratunku, moja żona jest związkowcem!




   Jeśli jakim dziwnym zbiegiem okoliczności trafiłeś na ten blog, oznacza to, że znalazłeś się mężczyzno, w bardzo trudnej sytuacji życiowej.
   Jeśli mieszkasz pod jednym dachem z kobietą, która aktywnie działa na rzecz związku zawodowego lub co gorsza, jakiejś organizacji kobiecej, masz przefikane jak w ruskim czołgu. Oznacza to, że żyjesz w jednym domu nie tylko z Hause-commando, ale przede wszystkim, z aktywną, wyzwoloną kobietą, świadomą swojej wartości, dumną i zapewne inteligentną.
   Jeśli jakimś cudem nadal jesteś głową rodziny, nie licz, że będziesz w pełni korzystał ze swojej władzy wynikającej z tejże dostojnej funkcji. Żona-związkowiec doskonale zna swoje prawa i obowiązki zawarte w umowie: miłość, wierność i uczciwość małżeńska. Na nic więcej nie licz. Zapomnij o dodatkowych czynnościach takich jak pranie, sprzątanie gotowanie i niańczenie dzieci. Chyba że, za dodatkowym wynagrodzeniem. Jednak pamiętaj - żona nie zejdzie poniżej pewnego poziomu uposażenia - kosmetyki z douglasa, farbowanie długich włosów u fryzjera minimum raz w miesiącu, buty marki clarks, raz w miesiącu teatr lub koncert to podstawowa stawka.
   Jeśli jednak nie będziesz respektował praw pracowniczych, możesz spodziewać się sporu zbiorowego, w który żona-związkowiec zaangażuje zapewne całą rodzinę, a wszystko to niechybnie skończy się strajkiem! Bądź pewien, że wszystkie kobiety jakie znajdują się z w zasięgu żony-związkowca zostaną postawione w stan pełnej gotowości i będą okupować twoje mieszkanie dzień i noc, lecz nie licz na upojny, grupowy seks. W najlepszym wypadku dostaniesz taczkę zamiast kluczyków od auta, w najgorszym wałkiem w łeb i nie waż się zgłaszać pobicia na policję. Żona-związkowiec zaangażuje w walkę o ważną sprawę, nie tylko wszystkie kobiety, ale nawet niektórych mężczyzn.
Jeśli jednak to żona związkowiec stała się głową rodziny, nie licz na wyrozumiałość lub wrażliwość szefa w spódnicy. Dzięki wspaniałemu kontraktowi jaki zawarłeś w dniu ślubu (to była niepowtarzalna okazja!) zostałeś przecież menadżerem luksusowego blockhouse C! To niezwykle odpowiedzialna i intratna funkcja! Powinieneś się cieszyć, bo na to stanowisko aplikowało tysiące kandydatów. Oczywiście rozgromiłeś konkurencję w drobny mak, zabłysnąłeś inteligencją, innowacyjnymi rozwiązaniami w zakresie zarządzania zasobami ludzkimi na terenie domu oraz zaproponowałeś najlepszy plan finansowy, którego zwieńczeniem będą wakacje na wyspach Bora Bora.
   Czas brać się do roboty. Masz nielimitowany czas pracy, więc twój dzień zaczyna się już o 6 rano od zrobienia śniadania, zawiezienia młodych do przedszkola. Następnie cały szereg konserwacji (w tym powierzchni płaskich) oraz negocjacja z okolicznymi kupcami w zakresie cen za produkty żywnościowe i przygotowanie najtańszym kosztem wysokokalorycznych posiłków o odpowiedniej zawartości witamin, następnie odświeżanie odzieży. Twój dzień kończy się ślęczeniem nad lekcjami i tłumaczeniem matmy pacholętom, a wieczorem może uda ci się zjeść skromny posiłek.
   Masz dosyć już po jednym dniu, bo nie taka była umowa? Umowa zawarta na piśmie nie podlega negocjacji! I lepiej nie zapraszaj kolegów do domu wieczorem na wspólne oglądanie meczu. Żona-związkowiec gotowa pomyśleć, że zorganizowałeś jakąś formę zbiorowego protestu czy demonstracji. Przecież samodzielne organizowane strajku bez wcześniejszych mediacji i sporu zbiorowego jest niezgodne z prawem!
   Pozostaje ci jedynie sumiennie wypełniać swoje małżeńskie obowiązki, a dostaniesz za nie godne wynagrodzenie: miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Żona-związkowiec nigdy nie łamie praw pracowniczych i dotrzymuje słowa! Do końca życia.



piątek, 27 czerwca 2014

Dzień I - Siaty

   Pierwszy dzień był bardzo nerwowy. Pobudka z samego rana, dokończyć pakowanie. Po wyprawieniu wilka morskiego w daleką podróż, udałam się do pracy, gdzie dzień minął mi jak zwykle – szybko i nerwowo. I już wychodząc z pracy pojawiła się odruchowa myśl – zakupy. Zawsze kupowałam chleb wracając z pracy, ale tym razem nie musiałam. Chleba miałam pod dostatkiem, gdyż ja i moje dziecię zjadamy najwyższej kromeczkę chlebka z kilkoma plastrami wędlinki. Więc nie potrzeba targać bochen chleba, litra mleka, kilo kiełbasy w drodze do przedszkola. Co za ulga! W takim razie postanowiłam zabrać z pracy przed wakacjami kilka rzeczy czyli jedynie 2 pary butów. Zapakowałam w siatkę i zadowolona pogalopowałam do przedszkola.
   Przyjechałam po pacholę do przedszkola, prosto na piknik rodzinny. Zaoferowałam się do pomocy przy tym zacnym wydarzeniu rozrywkowym w społeczności lokalnej i wylądowałam sprzedając ciasto. Szybko wcieliłam się w rolę miejskiej przekupy, opanowując pokrzykiwanie o smacznych domowych ciastach bez konserwantów, zdrowiuteńkich dla naszych dzieci. Wygłodniały tłum rodziców i ich pociech rzucił się do jedzenia, a ja nie nadążałam nakładać kolejnych kawałków ręcznych wypieków i zbierać jeszcze kasę. Po 2 godzinach miałam dosyć, a ze zmęczenia zaczęłam już nawet składać tatusiom dziwne propozycje „Może ja Panu coś zaproponuję potem?” Na szczęście miejscy tatusiowie szybo pojęli, że nie chodzi mi o nic innego, jak tylko o dodatkową porcję ciasta, w zamian za ich hojność finansową złożoną w darze na rzecz przedszkola do puszki.
   Piknik powoli dobiegał końca, ciasta wciąż jeszcze było sporo, aż jakaś dobra dusza zatroskana o mój los przekupy, zapytała, „Może do domu Pani zabierze trochę ciasta, może dla męża?” Tym samym przypomniała mi, że oto moja Druga Połowa żegluje już na morzu. Nie zabiorę więc ciasta, bo męża nie ma. Ominęły go polskie słodkości. Ścisnęło mnie w środku.
Zwijam marudzącego już młodego za rękę, w drugą rękę siatę z butami z pracy i siatę z bambetlami przedszkolnymi pacholęcia. Czuję, że głowa zaczyna mnie już boleć, pić się chce, a do domu jeszcze kilka przystanków autobusem.
W tym momencie przypomina się, że powinnam jeszcze odebrać zamówione kosmetyki ze sklepu, który za 15 minut zamykają. „Mamo, kupisz mi żelki?”
Załamka mnie ogarnęła.
   Lecimy z młodym po mazidła, inicjuję wyścigi, żeby pacholę nabrało prędkości świetlnej. Dobrze, że sklep niedaleko. Wpadamy tam 5 minut przed zamknięciem. Odbieram paczkę spodziewając się znaleźć w niej kilka drobnych kredeczek i tuszu do rzęs. Wyciągam, a tam wielkie tuby kremu, balsamu na cellulit i katalogi. Waży to pewnie ze 2 kilo. Kolejna siata do dźwigania. Co zrobić, upycham to po siatach z butami i rzeczami młodego i niosę w jednym reku. W drugiej młody i wleczemy się na przystanek.
   „Mamo, obiecałaś, że pojedziemy tramwajem, takim nowym, cichym!” Tak, obiecałam, ale przystanek tramwajowy jest dalej i musimy się potem przesiadać. Co zrobić, obiecałam, słowa dotrzymać muszę. Dochodzimy na przystanek położony w zagłębiu korpo szczurów, więc stoi tam dziki tłum, który właśnie po 18tej zakończył swoją niewolniczą pracę, oczywiście w służbie społeczeństwu.
Zanim podjechał nowoczesny, upragniony tramwaj, przepuściliśmy 2 stare trupy. Łatwo być nie może. Młody niezbyt ukontentowany, bo tłum taki, że nie widział nic przez okno. Jakoś wsiedliśmy i jakoś dotarliśmy na przystanek autobusowy, skąd mieliśmy autobus bezpośrednio do domu. Młody w płacz. „Nie chcę jechać autobusem!!!" Dlaczego? - pytam jeszcze spokojnie. „Bo ja wolę iść piechotą!” Słabo mi się zrobiło, siaty cisną w ręce, aż się sine robią, a łeb pęka.
   Postawiłam na swoim. „Jedziemy autobusem, synku, bo mama jest bardzo zmęczona i nie da rady drałować 2 przystanki autobusowe z siatami na piechotę”. Młody wyje, widzę po nim, że już ze zmęczenia, natłoku wrażeń, nie wytrzymuje. Wsiedliśmy jednak do tego autobusu, zatłoczonego na maksa. Na szczęście zawsze znajdzie się ktoś, kto ustąpi miejsca biednemu, zapłakanemu dziecku. A ja sobie postoję z tymi tobołami, w końcu to tylko 2 przystanki, dam radę, przecież muszę dziś wszystko sama.
   Pod blokiem młody mówi „Mamo, a może jak zostawimy te siaty w domu to jeszcze wyjdziemy na chwilę kupić te żelki?”
   Szczęśliwie dotarliśmy do domu. W domu przywitał mnie głodny, miauczący kot, poranny bałagan, wczorajsze gary w zlewie i totalna pustka. Czy da się żyć bez faceta na lądzie? Nie da się!!!! Zawsze przyjechał, siaty do bagażnika zapakował, na górę przytaszczył, kawę potem zrobił i razem wypiliśmy, młodego potrafił uspokoić. Smutno mi i tęskno. To dopiero pierwszy dzień. 
   Oczywiście poszliśmy jeszcze po żelki, ale zostawiając balast w domu. 



wtorek, 15 kwietnia 2014

Przestrojony lekarz

         Jak każdej nauczycielce, raz na jakiś czas, przypałętało mi się zapalenie krtani.
Z totalną chrypą, z ostrym bólem w okolicach szyi, bolącym gardłem, wylądowałam u lekarza internisty. Ponieważ sprawa była pilna, udałam się do pierwszego lepszego z brzegu lekarza, u którego był wolny termin wizyty, z piątku na sobotę następnego dnia.
   Ten wybitny lekarz, o znienawidzonym przeze mnie imieniu Grzegorz, okazał się być albo konowałem o zamiłowaniu do leków starej generacji lub po prostu zwykłym dowcipnisiem, który chyba chciał dostarczyć mi niesamowitych wrażeń chorobowych.
        Na wizytę zgłosiłam się w przerwie między zajęciami ze studentami, licząc na szybką pomoc medyczną. Mocno zachrypniętym, wręcz łamiącym się głosem, niczym u nastolatka w okresie mutacji, powiedziałam lekarzowi, że bardzo boli mnie gardło, mam silny suchy kaszel oraz po prostu trudno mi mówić, co zresztą było słychać.
Diagnoza: chrypka z zanikiem głosu. Leczenie objawowe. Zapytałam czy konieczny będzie antybiotyk. Lekarz pewnym siebie głosem odparł, że absolutnie nie, a za 2 dni mi to przejdzie. Pomyślałam – świetnie! Szybko wrócę do formy i będę mgła nadawać jak radio, zamęczając męża swoimi pedagogicznymi wywodami.
      Pędem pobiegłam do apteki z nadzieją, że zapisana kuracja doktora G. zacznie natychmiast działać. Wykupiłam leki, ale zanim je zażyłam, coś mnie tknęło, aby jednak przeczytać ulotki, tych nieznanych mi jeszcze specyfików. Szczególnie dlatego, że nie wzięłam zwolnienia z pracy, zajrzałam do punktu: skutki uboczne.
     Lek pierwszy: CodiXXX, zgodnie ze zgłaszanymi lekarzowi objawami, lek działa przeciwbólowo. Lecz jakie było moje zdumienie, gdy okazało się, że oprócz klasycznego paracetamolu zawiera … opiaty! Możliwie działania niepożądane: oprócz typowych, charakterystycznych dla paracetamolu, również takie jak po zażyciu opiatów czyli: euforia, zaburzenia nastroju, zwężenie źrenic, senność, zawroty głowy i inne. I ja mam po tym prowadzić zajęcia z dziećmi? (studenci jakoś by to przeżyli). Nie wzięłam.
Lek drugi: tabletki na kaszel hamujące odruch kaszlowy, możliwe skutki uboczne: pobudzenie, zawroty głowy, rozdrażnienie, drżenie rąk, zaburzenia snu, kołatanie serca, wzrost ciśnienia krwi. Jeszcze lepiej, też nie zażyłam.
     Po kilku dniach, gdy objawy nie ustały, a mnie krtań bolała już przy każdym wydobyciu dźwięku, postanowiłam specyfiku z opium spróbować. Wzięłam ten CodiXXX, następnie napiłam się kawy, po czym zakręciło mi się w głowie. Po chwili minęło, lecz cały dzień czułam się otumaniona. Zajęcia z dziećmi owszem jakoś poprowadziłam. Na szczęście strat w dzieciach nie było.
     Kaszel również nie dawał mi spokoju i strasząc całą rodzinę swoimi napadami męczących suchot, postanowiłam domowników uwolnić od tych potwornych dźwięków i zażyłam specyfik w tabletkach. Niestety w godzinach wieczornych. I niestety również skutki uboczne mnie dopadły - pobudzenie, nogi jak z waty, zawroty głowy. Nie mogłam zasnąć długo po północy, miałam tyle energii, że zdążyłam sprzątać, pozmywać gary i popisać bloga. Niezły odlot i to całkowicie legalnie! Kaszel wcale nie ustał, a ja niewyspana, jak zombie, zwlokłam się rano do pracy.
      Strach pomyśleć, co by było gdybym te leki wzięła jednocześnie, tak jak zalecił lekarz i to np. przed pójściem do pracy! Czytajcie ulotki, szczególnie na leki przepisane od lekarzy, do których zawsze są wolne miejsca. Ja i tak po kilku dniach eksperymentów medycznych wylądowałam u laryngologa: diagnoza – zapalenie krtani i 3 dni antybiotyku. Antybiotyk również osłabił mnie na kilka dni i zwolnienie z pracy było nieuniknione. Jednak szybko wrócił mi głos i sprawność wokalna. I znów mogłam gadać jak najęta.  

sobota, 13 października 2012

Śpiewać czysto czy się przestroić? cz. I



   Ta pani (poniżej) z pewnością nie jest przestrojona. Śpiewa pięknym sopranem i w moim odczuciu jej wykonanie pieśni Szopena należy do jednego z najlepszych. Wykonane w dobrym, dynamicznym tempie, bez przeciągania, na którym niejeden śpiewak się wyłożył.




   Szopen napisał kilkanaście pieśni wokalnych, śpiewanych często w pierwszych latach nauki wokalnej, ze względu, chyba, na swoją prostotę. Również ja swoje pierwsze kroki wokalne stawiałam na „Dwojakim końcu” - o ironio!!! Skończyło się to dla mnie... dwojako.
Zafascynowana cudowną techniką śpiewu operowego, początkowo uznawałam tylko ten typ emisji głosu za jedyny słuszny. podczas lekcji śpiewu, dowiedziałam się o tym, jak wydobywać dźwięk z rejestru głowowego i „podpierać go” przeponą. Wkrótce przekonałam się, że posiadanie techniki wokalnej powoduje, że można bardziej skupić na samej istocie śpiewu czyli przeżywaniu i oddawaniu emocji. Dawało mi to niesamowitą przyjemność z samego śpiewania i pogłębiło tylko moje zamiłowanie do tej czynności. Zaczęłam odkrywać, że melodie klasyczne mogą być piękne, a wielka wyrozumiałość i mądrość mojej nauczycielki śpiewu, sprawiła, że pokazywała mi ona repertuar, który zawsze posiadał jakiś drobny elemencik mroku. Podobały mi się utwory, które śpiewałam i wkrótce odkryłam, że nie samym metalem i gotykiem człowiek żyje.
Jednak w ślad za tymi fascynacjami oraz coraz większym zaangażowaniem w opanowanie technik śpiewu, nie szedł tzw. feeling.
Feeling to według mnie, pewien dar czarowania głosem, powodujący, że słuchacze zastygają w bezruchu, a w ich oczach czasem widać łzy. To pewien sposób przekazywania własnych przeżyć poprzez śpiew, nadający linii wokalnej drugie, emocjonalne życie.

Wokalnym ideałem, wręcz bóstwem, jest dla mnie ten facet.


   W czasie, gdy śpiewałam we własnym zespole, miałam czasem w trakcie koncertu przykre sytuacje, że głos mi się po prostu łamał. Wstydziłam się tego bardzo i technicznie ćwiczyłam jeszcze więcej, jednak bez rezultatu. Im bardziej się siłowałam z głosem, tym było gorzej. Słuchałam też innych wokalistów i odkrywałam, że oni często nie mają wybitnej techniki, lecz ich śpiew mimo tego, wywołuje ciarki. Oni mieli magię w głosie, a ja nie. 
Nie miałam żadnego pojęcia jak, tę magię z siebie wydobyć, myślałam właściwie, że ja po prostu takiego daru nie posiadam.

   Nadszedł czas, gdy nie mogłam już dalej uczyć się śpiewu na lekcjach, a moja działalność w zespole też się zakończyła. 
Z różnych powodów powiedziałam sobie, że już nigdy nie wrócę do śpiewania. Na wiele lat odłożyłam mikrofon bardzo głęboko, a dźwięki które z siebie wydobywałam nie miały raczej znamion melodii.
Na długi czas nastąpił koniec z moją wszelką działalnością muzyczną. Ale nie na zawsze... c. d. n.

czwartek, 11 października 2012

Nauczycielki wystrojone czy przestrojone?


   
   Są takie dni, gdy widok na ulicy młodych, atrakcyjnych, zadbanych, a wręcz wystrojonych kobiet w środku dnia, w samo południe, może być powodem do szybkiej analizy sytuacji „Czy dziś sobota i czyje dziś imieniny: Krystyny czy może Stanisława?”
Jeśli jeszcze owe kobiety dzierżą w ręku kwiaty, to z pewnością wracają z uroczystości klasowej. Młode nauczycielki.
   W stroju dosyć eleganckim, lecz nie wytwornym, okraszonym nutką przebojowości i indywidualności, choć widać, że budżet skromny. W epoce wszechobecnych dresskodów, pracowniczo – niewolniczych uniformów, widok na ulicy ładnej, często kolorowo ubranej kobiety, zwraca dyskretnie uwagę. Wśród nauczycielek królują kolorowe żakiety, spódnice, wcale nie zawsze za kolana, bluzki z dekoltem, ramiona odkryte w upalny dzień, a nawet japonki na nogach. Biżuteria bywa w ilości nadmiernej, wcale nie skromna. Makijaż troszkę mocniejszy, choć nie wyzywający. I torebka – oczywiście w rozmiarze XXL! Musi pomieścić klasówki, stosy zeszytów, pomoce dydaktyczne, podręczniki, a może nawet laptopa, zapas ołówków, długopisów w kilku kolorach, (czerwony obowiązkowo - kilka sztuk na zapas). Nauczycielki wyglądające jak guwernantki to już przeszłość. I dobrze, bo czasy nieco się zmieniły i możliwość doboru ubioru do nastroju kobiety, daje jej ogromny komfort i poczucie swobody. Żadna z nas nie jest i nie chce być zakładniczką korporacji zmuszoną do noszenia fatalnych dla siebie fasonów, żenujących koszulek z logiem znienawidzonej firmy czy też konieczności wbijania się codziennie w białą bluzkę i (znienawidzoną akurat przeze mnie) garsonkę.
   Największa swobodę w doborze stroju mają chyba nauczycielki przedszkola. Jeszcze w czasach studenckich pamiętam wykłady pewnej wybitnej pani profesor, specjalistki się w dziedzinie pedagogiki przedszkolnej, która mówiła, że nauczycielki przedszkola muszą mieć dobrą prezencję. Dzieci najmłodsze nie lubią i boją się osób brzydkich, zaniedbanych (o wadach wymowy nie wspomnę, bo to inny, rozległy temat). Wygoda i ubiór nauczycielki na tym szczeblu edukacji jest bardzo ważny. Mocny, kolorowy makijaż? Oczywiście! Czerwone paznokcie? Jak najbardziej. Kwiecista sukienka rodem z czasem hippies na święto wiosny? Musowo. Każdy sposób jest dobry, aby zwrócić uwagę maluszków. Podobno nawet miejsce w sali, które zajmie nauczycielka, gdy mówi do dzieci, może mieć znaczenie. „Nie stawaj na tle kolorowej makietki, bo dzieci nie zwrócą uwagi na ciebie. Muszą patrzeć na ciebie, bo masz im coś ważnego do przekazania!” grzmiała profesorka na auli. 
   W szkole podstawowej to już trzeba chyba trochę nabrać ogłady w stroju. Bo i kontakt z rodzicami bardziej oficjalny i należy dbać o autorytet, szczególnie jeżeli się uczy tzw. poważnego przedmiotu np. języka polskiego czy matematyki. Najgorzej chyba mają nauczycielki w gimnazjum i liceum. Mogę sobie tylko wyobrazić niewybredne i złośliwie komentarze dziewcząt w wieku, w którym szalejące hormony wypaczają całkowicie gust i dobry smak w doborze ubrań. 
   Myślę, że praca nauczyciela zarówno z tymi maluszkami, jak i z trochę starszymi, naprawdę wymaga złapania dystansu do siebie, do swojego wyglądu i stroju. Dzieci wszystko zauważą i skomentują bezlitośnie: kolczyki, nową fryzurę, lakier na paznokciach, a nawet …. pryszcza na twarzy („Co się pani stało w brodę?”).
   Pozostaje nam tylko śmiać się razem z nimi z własnych niedoskonałości, co na pewno nie jednej z nas wyjdzie na zdrowie. A zatem „Pani Asiu, będzie Pani dziś niedźwiedziem? Tak, będę. Chętnie mocno pośpię, jak się zbudzę to was zjem, tylko nie nazywajcie mnie starą.”