Pierwszy
dzień był bardzo nerwowy. Pobudka z samego rana, dokończyć
pakowanie. Po wyprawieniu wilka morskiego w daleką podróż, udałam
się do pracy, gdzie dzień minął mi jak zwykle – szybko i nerwowo. I już wychodząc z pracy pojawiła się odruchowa myśl –
zakupy. Zawsze kupowałam chleb wracając z pracy, ale tym razem nie musiałam.
Chleba miałam pod dostatkiem, gdyż ja i moje dziecię zjadamy
najwyższej kromeczkę chlebka z kilkoma plastrami wędlinki. Więc
nie potrzeba targać bochen chleba, litra mleka, kilo kiełbasy w
drodze do przedszkola. Co za ulga! W takim razie postanowiłam zabrać
z pracy przed wakacjami kilka rzeczy czyli jedynie 2 pary butów.
Zapakowałam w siatkę i zadowolona pogalopowałam do przedszkola.
Przyjechałam
po pacholę do przedszkola, prosto na piknik rodzinny. Zaoferowałam
się do pomocy przy tym zacnym wydarzeniu rozrywkowym w społeczności
lokalnej i wylądowałam sprzedając ciasto. Szybko wcieliłam się w
rolę miejskiej przekupy, opanowując pokrzykiwanie o smacznych
domowych ciastach bez konserwantów, zdrowiuteńkich dla naszych
dzieci. Wygłodniały tłum rodziców i ich pociech rzucił się do
jedzenia, a ja nie nadążałam nakładać kolejnych kawałków
ręcznych wypieków i zbierać jeszcze kasę. Po 2 godzinach miałam
dosyć, a ze zmęczenia zaczęłam już nawet składać tatusiom
dziwne propozycje „Może ja Panu coś zaproponuję potem?” Na
szczęście miejscy tatusiowie szybo pojęli, że nie chodzi mi o nic
innego, jak tylko o dodatkową porcję ciasta, w zamian za ich
hojność finansową złożoną w darze na rzecz przedszkola do
puszki.
Piknik
powoli dobiegał końca, ciasta wciąż jeszcze było sporo, aż
jakaś dobra dusza zatroskana o mój los przekupy, zapytała, „Może
do domu Pani zabierze trochę ciasta, może dla męża?” Tym samym
przypomniała mi, że oto moja Druga Połowa żegluje już na morzu.
Nie zabiorę więc ciasta, bo męża nie ma. Ominęły go polskie
słodkości. Ścisnęło mnie w środku.
Zwijam
marudzącego już młodego za rękę, w drugą rękę siatę z butami
z pracy i siatę z bambetlami przedszkolnymi pacholęcia. Czuję, że
głowa zaczyna mnie już boleć, pić się chce, a do domu jeszcze
kilka przystanków autobusem.
W
tym momencie przypomina się, że powinnam jeszcze odebrać zamówione
kosmetyki ze sklepu, który za 15 minut zamykają. „Mamo, kupisz mi
żelki?”
Załamka
mnie ogarnęła.
Lecimy
z młodym po mazidła, inicjuję wyścigi, żeby pacholę nabrało
prędkości świetlnej. Dobrze, że sklep niedaleko. Wpadamy tam 5
minut przed zamknięciem. Odbieram paczkę spodziewając się znaleźć
w niej kilka drobnych kredeczek i tuszu do rzęs. Wyciągam, a tam
wielkie tuby kremu, balsamu na cellulit i katalogi. Waży to pewnie ze 2 kilo. Kolejna siata do
dźwigania. Co zrobić, upycham to po siatach z butami i rzeczami
młodego i niosę w jednym reku. W drugiej młody i wleczemy się na
przystanek.
„Mamo,
obiecałaś, że pojedziemy tramwajem, takim nowym, cichym!” Tak,
obiecałam, ale przystanek tramwajowy jest dalej i musimy się potem
przesiadać. Co zrobić, obiecałam, słowa dotrzymać muszę.
Dochodzimy na przystanek położony w zagłębiu korpo szczurów,
więc stoi tam dziki tłum, który właśnie po 18tej zakończył
swoją niewolniczą pracę, oczywiście w służbie społeczeństwu.
Zanim
podjechał nowoczesny, upragniony tramwaj, przepuściliśmy 2 stare
trupy. Łatwo być nie może. Młody niezbyt ukontentowany, bo tłum taki, że nie widział nic przez okno. Jakoś wsiedliśmy i jakoś dotarliśmy
na przystanek autobusowy, skąd mieliśmy autobus bezpośrednio do domu. Młody w płacz. „Nie
chcę jechać autobusem!!!" Dlaczego? - pytam jeszcze spokojnie. „Bo
ja wolę iść piechotą!” Słabo mi się zrobiło, siaty cisną w
ręce, aż się sine robią, a łeb pęka.
Postawiłam
na swoim. „Jedziemy autobusem, synku, bo mama jest bardzo zmęczona
i nie da rady drałować 2 przystanki autobusowe z siatami na
piechotę”. Młody wyje, widzę po nim, że już ze zmęczenia,
natłoku wrażeń, nie wytrzymuje. Wsiedliśmy jednak do tego
autobusu, zatłoczonego na maksa. Na szczęście zawsze znajdzie się
ktoś, kto ustąpi miejsca biednemu, zapłakanemu dziecku. A ja sobie
postoję z tymi tobołami, w końcu to tylko 2 przystanki, dam radę,
przecież muszę dziś wszystko sama.
Pod
blokiem młody mówi „Mamo, a może jak zostawimy te siaty w domu
to jeszcze wyjdziemy na chwilę kupić te żelki?”
Szczęśliwie
dotarliśmy do domu. W domu przywitał mnie głodny, miauczący kot, poranny bałagan,
wczorajsze gary w zlewie i totalna pustka. Czy da się żyć bez
faceta na lądzie? Nie da się!!!! Zawsze przyjechał, siaty do
bagażnika zapakował, na górę przytaszczył, kawę potem zrobił i
razem wypiliśmy, młodego potrafił uspokoić. Smutno mi i tęskno.
To dopiero pierwszy dzień.
Oczywiście poszliśmy jeszcze po żelki, ale zostawiając balast w domu.