piątek, 27 czerwca 2014

Dzień I - Siaty

   Pierwszy dzień był bardzo nerwowy. Pobudka z samego rana, dokończyć pakowanie. Po wyprawieniu wilka morskiego w daleką podróż, udałam się do pracy, gdzie dzień minął mi jak zwykle – szybko i nerwowo. I już wychodząc z pracy pojawiła się odruchowa myśl – zakupy. Zawsze kupowałam chleb wracając z pracy, ale tym razem nie musiałam. Chleba miałam pod dostatkiem, gdyż ja i moje dziecię zjadamy najwyższej kromeczkę chlebka z kilkoma plastrami wędlinki. Więc nie potrzeba targać bochen chleba, litra mleka, kilo kiełbasy w drodze do przedszkola. Co za ulga! W takim razie postanowiłam zabrać z pracy przed wakacjami kilka rzeczy czyli jedynie 2 pary butów. Zapakowałam w siatkę i zadowolona pogalopowałam do przedszkola.
   Przyjechałam po pacholę do przedszkola, prosto na piknik rodzinny. Zaoferowałam się do pomocy przy tym zacnym wydarzeniu rozrywkowym w społeczności lokalnej i wylądowałam sprzedając ciasto. Szybko wcieliłam się w rolę miejskiej przekupy, opanowując pokrzykiwanie o smacznych domowych ciastach bez konserwantów, zdrowiuteńkich dla naszych dzieci. Wygłodniały tłum rodziców i ich pociech rzucił się do jedzenia, a ja nie nadążałam nakładać kolejnych kawałków ręcznych wypieków i zbierać jeszcze kasę. Po 2 godzinach miałam dosyć, a ze zmęczenia zaczęłam już nawet składać tatusiom dziwne propozycje „Może ja Panu coś zaproponuję potem?” Na szczęście miejscy tatusiowie szybo pojęli, że nie chodzi mi o nic innego, jak tylko o dodatkową porcję ciasta, w zamian za ich hojność finansową złożoną w darze na rzecz przedszkola do puszki.
   Piknik powoli dobiegał końca, ciasta wciąż jeszcze było sporo, aż jakaś dobra dusza zatroskana o mój los przekupy, zapytała, „Może do domu Pani zabierze trochę ciasta, może dla męża?” Tym samym przypomniała mi, że oto moja Druga Połowa żegluje już na morzu. Nie zabiorę więc ciasta, bo męża nie ma. Ominęły go polskie słodkości. Ścisnęło mnie w środku.
Zwijam marudzącego już młodego za rękę, w drugą rękę siatę z butami z pracy i siatę z bambetlami przedszkolnymi pacholęcia. Czuję, że głowa zaczyna mnie już boleć, pić się chce, a do domu jeszcze kilka przystanków autobusem.
W tym momencie przypomina się, że powinnam jeszcze odebrać zamówione kosmetyki ze sklepu, który za 15 minut zamykają. „Mamo, kupisz mi żelki?”
Załamka mnie ogarnęła.
   Lecimy z młodym po mazidła, inicjuję wyścigi, żeby pacholę nabrało prędkości świetlnej. Dobrze, że sklep niedaleko. Wpadamy tam 5 minut przed zamknięciem. Odbieram paczkę spodziewając się znaleźć w niej kilka drobnych kredeczek i tuszu do rzęs. Wyciągam, a tam wielkie tuby kremu, balsamu na cellulit i katalogi. Waży to pewnie ze 2 kilo. Kolejna siata do dźwigania. Co zrobić, upycham to po siatach z butami i rzeczami młodego i niosę w jednym reku. W drugiej młody i wleczemy się na przystanek.
   „Mamo, obiecałaś, że pojedziemy tramwajem, takim nowym, cichym!” Tak, obiecałam, ale przystanek tramwajowy jest dalej i musimy się potem przesiadać. Co zrobić, obiecałam, słowa dotrzymać muszę. Dochodzimy na przystanek położony w zagłębiu korpo szczurów, więc stoi tam dziki tłum, który właśnie po 18tej zakończył swoją niewolniczą pracę, oczywiście w służbie społeczeństwu.
Zanim podjechał nowoczesny, upragniony tramwaj, przepuściliśmy 2 stare trupy. Łatwo być nie może. Młody niezbyt ukontentowany, bo tłum taki, że nie widział nic przez okno. Jakoś wsiedliśmy i jakoś dotarliśmy na przystanek autobusowy, skąd mieliśmy autobus bezpośrednio do domu. Młody w płacz. „Nie chcę jechać autobusem!!!" Dlaczego? - pytam jeszcze spokojnie. „Bo ja wolę iść piechotą!” Słabo mi się zrobiło, siaty cisną w ręce, aż się sine robią, a łeb pęka.
   Postawiłam na swoim. „Jedziemy autobusem, synku, bo mama jest bardzo zmęczona i nie da rady drałować 2 przystanki autobusowe z siatami na piechotę”. Młody wyje, widzę po nim, że już ze zmęczenia, natłoku wrażeń, nie wytrzymuje. Wsiedliśmy jednak do tego autobusu, zatłoczonego na maksa. Na szczęście zawsze znajdzie się ktoś, kto ustąpi miejsca biednemu, zapłakanemu dziecku. A ja sobie postoję z tymi tobołami, w końcu to tylko 2 przystanki, dam radę, przecież muszę dziś wszystko sama.
   Pod blokiem młody mówi „Mamo, a może jak zostawimy te siaty w domu to jeszcze wyjdziemy na chwilę kupić te żelki?”
   Szczęśliwie dotarliśmy do domu. W domu przywitał mnie głodny, miauczący kot, poranny bałagan, wczorajsze gary w zlewie i totalna pustka. Czy da się żyć bez faceta na lądzie? Nie da się!!!! Zawsze przyjechał, siaty do bagażnika zapakował, na górę przytaszczył, kawę potem zrobił i razem wypiliśmy, młodego potrafił uspokoić. Smutno mi i tęskno. To dopiero pierwszy dzień. 
   Oczywiście poszliśmy jeszcze po żelki, ale zostawiając balast w domu.