Kinooperator był zawsze rzadkim zawodem. Dla mnie wręcz egzotycznym. Gdy poznałam mojego męża, wtedy chłopaka, na pytanie gdzie pracujesz, powiedział, że w kinie. Mieliśmy po 20 lat więc pomyślałam, „Pewnie bilety sprzedaje.” Nic bardziej mylnego, był kinooperatorem. Pierwszy raz, gdy zabrał mnie do projektorni, nie mogłam odkleić się od okienka projekcyjnego i obejrzałam prawie cały "Gniew Oceanu”.
Chcąc nie chcąc, byliśmy filmową parą, ale bynajmniej nie z wyglądu. Gdy nie mieliśmy się gdzie podziać, bo starzy siedzieli w domach, my chodziliśmy do kina. Chodziliśmy prawie na wszystko, bo Moja Druga Połowa miał wtedy bilety za darmo, a my dużo czasu wolnego.
Znajomi zawsze pytali Moją Drugą Połowę, „A co leci ciekawego w kinie?” Po kilku latach pracy, to pytanie wzbudzało już nie tylko agresję u niego, ale chęć zakończenia znajomości z pytającym.
Czasami Druga Połowa przynosił mi kawałki taśmy filmowej, którą z powodzeniem wykorzystywałam na zajęciach z dziećmi. Zawsze robiło to na nich ogromne wrażenie, bo była to prawdziwa taśma z kina.
Szybko dowiedziałam się też, że film składa z kilku rolek (najczęściej z 6), które przed projekcją trzeba zmontować. Gdy film leci na ekranie, zanim nastąpi zmiana rolki w prawym górnym rogu wyskakuje najpierw kółeczko, potem kwadracik i pyk, zmiana rolki, czemu towarzyszy charakterystyczny ledwo słyszalny dźwięk. Ale ten jeden, krótki dźwięk budował cały nastój kina analogowego. Podobnie jak rysy na taśmach filmowych. Teraz montażyści na komputerach nakładają specjalny efekt cyfrowy, żeby móc osiągnąć jakość obrazu w stylu retro. Ale to już nie to samo.
Podobny los spotkał muzykę - są programy, które symulują brzmienia dawnych wzmacniaczy czy instrumentów klawiszowych. Bo przecież nie obraz HD, (zwany żyletą) czy krystalicznie czysty dźwięk cyfrowy robią klimat. Za klimat odpowiadają ludzie i to właśnie czynnik ludzki, jest tym najpiękniejszym w każdej dziedzinie. To ludzka omylność i zmienność, przewrotność czyni pewne chwile niezapomnianymi.
Kiedyś, w erze telewizji czarno białej, gdy były jakieś zakłócenia obrazu, w domu mówiło się „O, ale sobie popili w tej telewizji”. Gdy projektornia ma problemy techniczne, pewnie też na sali zawsze ktoś powie „Pochlali i pomylili filmy”. Ale to już koniec epoki pomyłek. Teraz obsługę projekcji w kinie przejmują maszyny, komputery zaprogramowane, co i kiedy ma „lecieć”. Żadnych pomyłek, żadnych opóźnień w seansie, żadnych usterek. I nikt już nie przyjdzie z reklamacją „Panie, chyba macie usterkę techniczną, obraz cały zielony” w trakcie premiery Matrix.
Prawda jest taka, że kinooperator zawsze był rzadkim zawodem, ale teraz stał się zawodem ginącym. Postępująca w zawrotnym tempie cyfryzacja zabija właśnie taśmę filmową, a co się z tym wiąże, praca kinooperatorów staje się niepotrzebna.
Ja płaczę dziś nad końcem kina analogowego, nad tym, że praca Mojej Drugiej Połowy przestaje być potrzebna. Nad tym, że oto nadeszła chwila, gdy naprawdę trzeba sobie powiedzieć, że nie jest się już potrzebnym w pracy. To przykre, ale niestety nieuniknione. Właśnie widzę, jak część naszego życia staje się już tylko historią kultury, o której usłyszą za kilka lat, co najwyżej studenci szkoły filmowej.
I tylko Moja Druga Połowa pewnie do końca życia będzie pamiętać terkot projektora KINOTON i dźwięk przesuwanej taśmy z prędkością 24 klatek na sekundę.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz